Dzisiaj o tym, jak to mieszkańcy dzielnicy Vallecas znaleźli
sposób na madryckie upały. Może ten post przyda się komuś, kto akurat zawita do
stolicy Hiszpanii i będzie miał ochotę na coś innego niż stanie w kolejce do
Prado lub pływanie łódką po stawie w Parco del Retiro.
plakat tegorocznej bitwy, źródło: www.nodo50.org/cofradiamarineravk
Otóż co roku, od 33 lat, w drugą lub trzecią niedzielę
lipca, w dzielnicy Vallecas odbywa się najprawdziwsza batalia! Nie piszę dziś o
niej bez powodu, raz zdarzyło mi się być w Madrycie akurat jak miała miejsce, a
tegoroczna edycja tuż tuż – 20 lipca!
zapowiada się niewinnie...
przygotowania do bitwy - moja amunicja
Cała maskarada utrzymana jest w konwencji bitwy morskiej –
nie może więc zabraknąć jednookich piratów, broni (do wyboru do koloru, byle by
była na wodę) no i oczywiście mnóstwa wody! Do boju zagrzewa kolorowa orkiestra, która nadaje ton
gorącym brzmieniem bębnów. Oczywiście wiadomo nie od dziś, że przed każdą
poważną bitwą trzeba zjeść coś pożywnego – wielka paella zdolna nakarmić całą
dzielnicę, jest więc jak najbardziej na miejscu. Nie zaszkodzi też popić winem –
w obliczu rychłej śmierci warto dodać sobie trochę animuszu.
agua, calor y mucha gente!
Gdy już wszyscy się posilą, wielka bitwa się rozpoczyna. Kolorowa parada sunie ulicami dzielnicy uzbrojona w pistolety i karabiny na wodę lub też baloniki (większy zasięg!). Niektórzy sięgnęli po artylerię dużego kalibru… miski! Strumienie wody dosięgają każdego bez wyjątku, po 10 minutach i ja byłam całkowicie przemoczona. Gdy kończy się amunicja, tłum skupia się pod oknami kamienic, krzycząc „agua, agua!” i wyciągając miski ku górze. Gdy na dole panuje już spory chaos, a okrzyki przybierają na intensywności, z okien wylewają się strugi wody, co kończy się ogólnym rozentuzjazmowaniem i aplauzem.
mas agua!
Cała niewinnie zaczynająca się zabawa z czasem nabiera coraz
większego rozmachu, a wszystko podsumowują wieczorne imprezy i koncerty. Jeśli
nie boicie się zmoknąć i macie ochotę zboczyć z utartych madryckich szlaków polecam
wycieczkę na południowo-wschodnie obrzeża Madrytu – do Vallecas! Nie
zapomnijcie klapek i zapasu amunicji, wszelkie pirackie akcesoria też są mile
widziane!
Jako, że trwa obecnie Ramadan, postanowiłam napisać kilka
słów o tym, jak żyje się w Dubaju w czasie tego świętego miesiąca Islamu.
Może na początek – jak muzułmanie obchodzą Ramadan? Jest to
miesiąc refleksji i wyrzeczeń, solidaryzowania się i dzielenia z ubogimi i
pokrzywdzonymi. W praktyce wygląda to tak, że wyznawcy Allaha powstrzymują się
od jedzenia i picia od świtu aż po zmierzch, aby wieczorem ucztować do późnych
godzin nocnych w rodzinnym gronie (posiłek ten nazywa się Iftar - taka Wigilia
trwająca przez okrągły miesiąc). Z kolei przed wschodem słońca spożywa się,
najczęściej też w rodzinnym gronie – Suhoor (przypada on na ok. 4 rano). Poza
poszczeniem i ucztowaniem podczas Ramadanu muzułmanie poświęcają zwykle więcej
czasu na autorefleksję i modlitwę oraz łożą datki na przeróżne cele
charytatywne.
A jak to wygląda z perspektywy nie-muzułmanów? Muszę
przyznać, że Ramadan w dosyć znaczącym stopniu wpływa na różne aspekty życia
codziennego w Dubaju. Urzędy i instytucje mają inne godziny pracy, wszystko
działa na jakby wolniejszych obrotach. Jako, że nie wkłada się do ust niczego
od świtu do zmierzchu (nawet wody, papierosów czy też gumy do żucia), oczekuje
się, że i przyjezdni też nie będą tego robić w miejscach publicznych. Jest to
nie tylko kwestia dobrego wychowania, ale wręcz nakaz prawa, a za złamanie tej
zasady możemy zostać ukarani karą grzywny. W niektórych miejscach można
spożywać jedzenie i picie za specjalnymi ekranami zapewniającymi dyskrecję.
Zazwyczaj wypełnione po brzegi restauracje świecą za dnia pustkami
Dyskretna ekspozycja w sklepie z czekoladkami;)
W czasie Ramadanu powinno też się zwracać szczególną uwagę
na skromny ubiór, niewiele dzieje się jeśli chodzi o życie nocne, ze względu na
zakaz puszczania głośno muzyki i obostrzoną politykę antyalkoholową.
Ogólnie większość expats nie może doczekać się końca ze
względu na to, że niewiele w mieście się dzieje. Mnie wydaje się całkiem ciekawy
ten czas, postanowiłam nawet spróbować pościć przez 1 dzień – takie małe
ćwiczenie duchowe i próba wytrwałości;)
Daktylowy szał!
Atmosfera wokół jest świąteczna, nawet w centrach handlowych
pojawiły się specjalne dekoracje i lampki – dokładnie jak podczas naszych świąt.
Muzułmanie pozdrawiają się słowami Ramadan Kareem, życząc sobie „hojnego
Ramadanu”. Zdaje się, że rzeczywiście jest to dla nich
szczególny, rodzinny okres a restauracje prześcigają się w ofertach iftarowych
bufetów.
Iftar
Ramadanowe menu, na pierwszym planie machboos
Miałam nawet przyjemność wybrać się na taką ucztę w
tradycyjnym stylu. Na stole (a właściwie na dywanie, jak widać na załączonym
obrazku) znalazły się emirackie dania spożywane w tym szczególnym okresie, m.in.:
machboos (ryż z
aromatycznymi przyprawami i kurczakiem/jagnięciną/rybą),
tabbouleh (sałatka, której głównym składnikiem jest drobno siekana
natka pietruszki),
harees (zmiażdżone ziarna pszenicy gotowane z mięsem –
konsystencja owsianki),
thareed (koncepcja podobna do lasagne, tylko zamiast
makaronu warstwy przekładane są płaskim arabskim chlebem)
różne gulasze z dodatkiem lokalnych warzyw/krewetek/ryb
A na koniec pyszne desery, m. in. Umm Ali (pyszny deser z
chleba, mleka i bakalii) i Ligamat (malutkie pączusie podawane z syropem z
daktyli).
Pyszne Ligamat
Słodkości - ta paciaja nad daktylami to Umm Ali - wyobraźcie sobie, że smakuje równie wspaniale, jak kiepsko się prezentuje
Wśród tych wszystkich rarytasów najważniejszą rolę odgrywają
jednak daktyle, które mieszkańcy ZEA uważają za boski pokarm, panaceum na
wszelkie ludzkie dolegliwości. To właśnie ugryzieniem daktyla (które smakują tu
naprawdę wyjątkowo!) każdego wieczora symbolicznie kończy się post.
Od dłuższego czasu zabieram się
za napisanie notki o Dubaju, ale jako, że jest to już mój drugi dom, trudno
będzie mi ograniczyć się do kilku słów. Może na początek podzielę się z Wami kilkoma poniższymi refleksjami, będą to luźno powiązane ze sobą myśli, obrazy, które pojawiają się przed moimi oczami gdy myślę o Dubaju...
Nocna panorama Dubaj Marina
Zachody słońca na pustyni mają w sobie coś magicznego
Targ przypraw
W historycznej dzielnicy Bur Dubaj życie toczy się żwawiej niż w sterylnym centrum ze szkła i stali
Miasto przypomina fatamorganę - pośród
piasków pustyni, w zastraszającym tempie wyrastają kolejne wieżowce i osiedla a
linia horyzontu zmienia się niemal z dnia na dzień. Całe miasto sprawia
wrażenie nieukończonego (bo takie właśnie jest), place budowy i gigantyczne
dźwigi są wszechobecne, a stukot młotków i spawarek chyba nigdy nie cichnie.
Wielki plac budowy
Pomijając te gigantyczne doły
wykopane pod fundamenty kolejnych wieżowców, centrum Dubaju sprawia dosyć
sterylne wrażenie. Jest to całkowicie nienaturalne środowisko ze szkła i stali,
a tylko dzięki działającej na pełnych obrotach 24/7 klimatyzacji jest ono
zdatne do życia.
Burj Khalifa
Miasto XXI wieku
Ośrodkiem życia w Dubaju są
centra handlowe. Są one jednak czymś więcej niż tylko kompleksami butików, to
istne świątynie konsumpcji. Oprócz luksusowych butików, sklepów popularnych
sieciówek, kawiarni i restauracji, każde centrum handlowe przyciąga klientów
jakąś ekstrawagancką ciekawostką. A to największe akwarium świata, a to lodowisko lub stok
narciarski pośrodku pustyni. Zresztą właściwie wszystko o ile
nie jest tu największe, to na pewno najdroższe lub najwyższe – powstającym tu
projektom nie można odmówić ambicji. Burj Khalifa – najwyższy szpikulec świata
(828m) dosłownie sięga nieba i uzmysławia nam, że przy odrobinie chęci (i petrodolarów) „impossible
is nothing”.
Niewyobrażalne bogactwo widoczne jest tu na każdym
kroku, choć Dubaj ma też drugą twarz. Większość społeczeństwa stanowią
imigranci, którzy w żarze dubajskiego słońca sprawiają, że wizja megamiasta
pośrodku pustkowia staje się rzeczywistością. Kolejne połacie terenu dosłownie
w pocie czoła wydzierane są pustyni i przemieniane w kompleksy mieszkaniowe,
pola golfowe, resorty hotelowe.
Czyżbyśmy mogli się spodziewać reprezentantów Emiratów na najbliższej zimowej olimpiadzie?
I takie miejsca można znaleźć pośród piasków pustyni
W Dubaju wszystko jest skrajne. Słowo „upał” nie jest w stanie wyrazić tego, jakie warunki panują tu w środku lata. Jest to raczej lejący się z nieba żar przypominający jakąś kosmiczną radiację, która nie traci na intensywności o żadnej porze dnia ani nocy. Z kolei wszechobecna klimatyzacja sprawia, że czasem czuję się jakby nastały zimowe mrozy - podróżując do Dubaju lepiej zapakować do walizki ciepły sweter. Sterylny świat ze szkła i stali, turkusowy kolor wód Zatoki Perskiej kontra kurz i pył wszechobecnej pustyni… Niepojęte bogactwo i życie w luksusie ostro kontrastuje z prozą życia przybyłych z Azji robotników… Współistnienie sacrum - religii zajmującej tak ważne miejsce w życiu mieszkańców i profanum - kultu pieniądza i konsumpcji. Tradycyjne stroje i sentyment do nomadycznej przeszłości, a jednocześnie kult nowoczesności i wizjonerskie projekty.
Water taxi
Tradycyjne łodzie - ekspozycja w Dubai Museum
Al Bastakiya - historyczna dzielnica miasta z charakterystycznymi "łapaczami wiatru"
Seul jest wielką najeżoną wieżowcami metropolią, gdzie sceneria hi-tech łączy się z wielkim poszanowaniem tradycji i historii. Miasto jest wielkie, poruszać się po nim można jednak całkiem sprawnie dzięki sieci metro, której schemat przypomina do złudzenia miskę nudli. Seul sprawił na mnie wrażenie miasta dryfującego na wodzie, wieżowce rzucają długie cienie na jej powierzchnię, wszędzie wiją się długie, smukłe mosty, co najlepiej widać w drodze z dosyć odległego lotniska do centrum. Podobno w Seulu pada dużo i często, co tłumaczyłoby skąd te wielkie, rozłożyste dachy nad historycznymi budynkami. Ja miałam tym razem szczęście trafić do Seulu pewnego letniego, słonecznego dnia.
Ze względu na rozmiary Seulu, na początku miałam drobne problemy z orientacją przestrzenną. Świetnym punktem odniesienia jest wieża telewizyjna Namsan Tower widoczna chyba z każdego miejsca w mieście. Moją bazą wypadową była dzielnica Gangnam (tak, jak się
okazuje Gangnam to dzielnica Seulu, zresztą bardzo „posh”). Wieczorem
postanowiłam poeksplorować trochę okolicę. Każda aleja, ulica, plac i zaułek
wypełnione były ludźmi. Miasto to przechodzi niesamowitą wręcz metamorfozę – o ile
za dnia wydaje się bardzo spokojne, o tyle wieczorem zaczyna wręcz tętnić
życiem. Hitem są knajpki z barbecue – przy każdym stoliku znajduje się grill z
fantazyjnym okapem i klienci własnoręcznie mogą sobie przyrządzić pyszne danie –
zazwyczaj wieprzowinę z mnóstwem przeróżnych dodatków.
Typowa uliczka z koreańskim barbecue
Za dnia wybrałam się do cesarskiego pałacu Gyeongbok z XIV
wieku. Pojechałam tam z zamiarem szybkiego rzucenia okiem na historyczną architekturę, co przerodziło się w całkiem długą wycieczkę. Za pierwszą bramą pojawia się
budynek pałacu z ogromnym dziedzińcem, za którym kryją się kolejne dziedzińce.
Za nimi labirynt pawilonów, ogrody i kolejne dziedzińce za którymi trafiamy na
kolejne pawilony;) Cały kompleks jest bardzo rozbudowany i stopniowo odkrywa przed odwiedzającymi kolejne zaułki i zakamarki. W pewnym momencie, na terenach pałacowych otoczonych
pobliskimi górami, siedząc przy sadzawce kwitnących lotosów naprawdę ciężko mi
było uwierzyć, że wciąż jestem w centrum 10milionowego miasta.
Gwardzista przy bramach pałacu
Tradycja i nowoczesność na jednym obrazku
Sadzawka kwitnących lotosów
Na terenie pałacu znajduje się też świetny skansen, w którym można zajrzeć do tradycyjnego koreańskiego domostwa. Na podwórzu ceramika do kiszenia kimchi (o którym mowa będzie w kolejnym akapicie), w pobliżu jest też młyn, ogródek, jakieś nagrobki i pomnik tramwajarza. Ogólnie to niezłe mydło i powidło, każdy znajdzie tam coś dla siebie!
Koreański skansen
Ceramika do kiszenia kimchi
Nagrobek jakiegoś generała
Lunch przekąsiłam przy okazji zakupów na Namdaemun Market.
Poprzechadzałam się między kolorowymi straganami, po czym zjadłam miskę ryżu z kimchi.
Kimchi to temat na osobną książkę, jest wszechobecne w kuchni koreańskiej, a
sami Koreańczycy zdają się pałać do niego szczerą i żarliwą miłością. No
dobrze, już wyjaśniam co to takiego.. krótko mówiąc to kiszona kapusta pekińska,
przyprawiona m. in. chilli, imbirem, małymi marynowanymi rybkami, cukrem. To tylko taki skrótowy opis, który nawet w najmniejszym stopniu nie oddaje intensywnego smaku tego cuda. Dodam, że poza podstawowym składnikiem i analogicznym procesem produkcji koreańskie kimchi ma z naszą kiszoną kapustą niewiele wspólnego;) No więc w Seulu kimchi dodaje się
wszędzie i do wszystkiego, może pełnić funkcję przekąski, przystawki, sałatki albo przyprawy, a na dźwięk słowa "kimchi" na koreańskich twarzach pojawia się szeroki uśmiech i błysk w oku. W Korei potrawy jada się metalowymi pałeczkami, co
jest chyba ewenementem w Azji – taka lokalna ciekawostka.
Street food - samo zdrowie!;)
Zamiast menu - to nie są atrapy!
Uliczna sprzedaż cukierków, landrynek i orzeszków
Korea to skarpetkowy raj!
Podsumowując, spędziłam w Seulu bardzo przyjemny czas.
Miasto mimo swoich rozmiarów jest bardzo przyjazne, pełne zieleni i
niesamowicie czyste. Można nawet zapomnieć o wiszącej nad nim groźbie ofensywy ze strony przyczajonego
wrogiego reżimu, a granica jest odległa o niespełna 60 km! Czasem przypominają
o niej tylko maski gazowe na stacjach metra, czy też oznakowanie wskazujące
drogę do najbliższego schronu. Mam już całą listę miejsc, do których nie udało
mi się dotrzeć, i które zostawiam sobie na kolejną wizytę w Korei, to był
weekend w stylu Gangnam!
Maski gazowe na stacjach metra - na wszelki wypadek...